Motocyklowa nauka jazdy – w Himalajach

Jagoda Pietrzak
8.2.2016

Setki zakrętów, wyboista droga wcinająca się w zbocze kanionu, piach, żwir, kamienie, prawie 3000 m przewyższenia… i ośnieżone szczyty dookoła. Jak na pierwszy weekend na dwóch kółkach za miastem, chyba brzmi nieźle?

To, że w tym roku jedziemy do Jharkot w Nepalu wiadome było od dawna. Byłam akurat na kilkumiesięcznym kontrakcie w Katmandu. Czasu zbyt mało, by pokonywać pieszo kilkunastodniowy szlak wokół Annapurny; autobus odpadł w przedbiegach, bo dzieją się w nim dantejskie sceny; zostawał samolot i… motocykl. Mimo że jestem motocyklowym żółtodziobem, dwa razy nie trzeba mnie było pytać.
Wyszło trochę jak w hollywoodzkim motywie ucznia i mistrza: ja na swoim koncie miałam zaledwie kilka godzin jazdy w mieście, a mój towarzysz podróży – Andrzej przebyte tysiące kilometrów, w tym samotny przejazd z Europy do Nepalu. To właśnie podczas tamtej wyprawy po raz pierwszy trafił przypadkiem do Jharkot i został na miesiąc. Od 5 lat wraca tam regularnie, działa też na rzecz lokalnej społeczności. Dla mnie była to nowa okolica z całym dobrodziejstwem poznawania: zaskoczeniem, zachwytem i nieświadomością wyzwań.

Przyspieszony kurs jazdy po pagórkach
Motocykle to popularny i wszechobecny środek transportu w Nepalu, więc bynajmniej nie budziliśmy sensacji. Wybraliśmy lżejsze maszyny: KTM Duke 200 i Bajaj Pulsar 150, oba indyjskiej produkcji i z lokalnych wypożyczalni. Trwający w Nepalu od kilku tygodni kryzys paliwowy sprawiał, że tankowanie nie było takie proste. Bardziej niż podbita dwukrotnie cena zajmowała nas jakość paliwa. Jednak dzięki kilku znajomym oraz czarnemu rynkowi, benzynę udało się zdobyć na czas i dobrego sortu. Pomógł nam m.in. Matt z Hearts and Tears Motocycle Club w Pokharze. Zajął się też innym słabym punktem przygotowań: moim zerowym doświadczeniem w jeździe poza asfaltem. Po dniu intensywnego treningu pod jego okiem na wszelkich rodzajach nawierzchni i pagórkach dostałam zielone światło.

Koniec drogowej infrastruktury
Z Pokhary do Jharkot wiedzie tylko jedna droga dla zmotoryzowanych: Pokhara - Beni – Tatopani – Lete – Ghasa – Marpha – Jomson – Jharkot. Za Pokharą droga wspina się serpentynami przez kilka górek, początkowo oferując całkiem niezły asfalt. Tuż przed Beni żegnamy się z infrastrukturą drogową, wjeżdżając do wąwozu rzeki Kali Gandaki i wciągając pierwszy pył w płuca. Według niektórych to najgłębszy wąwóz świata - gdyby mierzyć od szczytu Annapurny I – ale jeszcze nie robiło to na nas wrażenia…
Docieramy do Beni jakąś godzinę przed zmrokiem. Andrzej bardzo chce spędzić noc przy ciepłych źródłach w Tatopani, które według miejscowych są godzinę drogi dalej. Damy radę, jedziemy. Dosłownie tuż za miasteczkiem droga zwęża się na szerokość autobusu, wciśnięta między rzekę i zbocze góry. Szum płynącej w dole wody przypomina, by nie zbliżać się zbyt do krawędzi. Zwłaszcza gdy po kilkudziesięciu minutach zapada zmrok, a jedynymi światłami są te przy naszych motocyklach. Na zmianę podjeżdżamy i zjeżdżamy, przy okazji manewrując między wielkimi kamieniami. Niewiele widząc jedziemy powoli, a mój konik przy tych prędkościach regularnie gaśnie i co jakiś czas kładzie się na bok. Jakby tego było mało dochodzi jeszcze przejechanie kilku strumyków. W końcu na jednym z podjazdów ląduję na ziemi i nie mam już siły podnieść kolejny raz motocykla. Dźwigając go we dwójkę ustalamy, by zatrzymać się w najbliższym homestay’u. Po kilkunastu kilometrach widać kilka bladych świateł domostw. Na stole ląduje lokalny dal bath i importowana whiskey. Całą noc czuję zmęczone mięśnie nóg, rąk i pleców.

Chwila zasłużonego odpoczynku w ciepłych źródłach Tatopani
Kolejnego ranka dojeżdżamy pozostały kawałek do Tatopani i rozgrzewamy się w ciepłych źródłach. To dopiero początek trasy, która będzie rozpieszczać nas spektakularnymi widokami i różnorodnością nawierzchni - szutr, kamyki, kamienie, głazy, piach i strumyki wkomponowane w wachlarz wybojów i zakrętów. Droga cały czas wspinana się po zboczu wąwozu, dość szybko szum pobliskiej rzeki zamienia się w malowniczą przepaść. Na całej trasie panuje ruch obustronny, ale w wielu miejscach nawet mijanka z autem wymaga zatrzymania się i przytulenia nieco do górskiego zbocza. Za Ghazi droga biegnie nieco łagodniej i znów opada ku korytu rzeki, która wyrzeźbiła tu szeroki wąwóz. W górskim powietrzu czuć intensywny zapach igliwia. Robi się chłodniej. Po półtorej dniu jazdy, drugą noc spędzamy w Marphie. Powodów by ją wybrać jest nadto: urokliwa zabudowa, wyborna kuchnia i słynna jabłkowa brandy. Przy porannym troczeniu bagażu na motocyklach towarzyszą nam zaciekawione dzieci i ich ojcowie, którzy koniecznie chcą pomóc. Śmiejemy się, że to pradawna potrzeba wspólnego kulbaczenia konia.

I przyszedł czas na wizytę w warsztacie
Kolejnego dnia w Jomson zaliczamy wizytę w miejscowym warsztacie: metalowe ochraniacze na nogi w Pulsarze odkręciły się na wybojach. Młode chłopaki załatwiają wszystko w kwadrans, przy okazji czyszcząc i smarując łańcuchy oraz robiąc mały przegląd. Przyda się, bo za Jomson zjeżdżamy z drogi F166, a przed nami szutrowe serpentyny pnące się kilometr w górę. Zanim przyzwyczaję się do nawierzchni i wąskich zakrętów o 180 stopni, w pierwszy wchodzę za szeroko, najeżdżam na mały głaz i elegancko szoruję po żwirze… Ledwo zdążę wstać, a motocykl podnoszą już młodzi Nepalczycy z auta, które zatrzymało się nieopodal. Tak jest przy każdej wywrotce – jeśli tylko ktoś jest obok, pomaga bez pytania.
Tych kilkanaście zakrętów pod górę to niezła adrenalina – droga coraz węższa, a urwisko większe. W końcu wjeżdżamy na pustynny płaskowyż i możemy nieco odkręcić gaz. Cóż z tego, skoro Pulsarowi brakuje tchu – wysokość daje o sobie znać, zbliżamy się do 3500 m. Zatrzymujemy motocykle na skrawku pobocza. Cisza pulsuje w uszach, rześkie powietrze świdruje zmęczone pyłem nosy. Dookoła pięcio- i sześciotysięczne szczyty połyskujące śniegiem, brązowe i czerwone skały dolin Dolnego Mustangu. Pustynny krajobraz wydaje się być odludny, a jednak pomiędzy wzgórzami ukrytych jest kilkanaście tybetańskich wiosek – w tym Jharkot.

Kilka dni w Jharkot
W końcu docieramy do celu. Mijając się w wąskich uliczkach z ogromnymi dzo (krzyżówka krowy i jaka) podjeżdżamy pod hotelik, w którym Andrzej nocuje za każdym razem od pierwszej wizyty. Prowadząca go Dolka wypytuje, jak się ma rodzina, a jej mąż wynajduje nam wyjątkowy garaż na motocykle – lokalny czorten, otoczony modlitewnym murem. Przez kilka dni zwiedzamy okolicę: zaglądamy do okolicznych wiosek, oglądamy gompy, wchodzimy na przełęcze Dzong i Thorong La. Wszystko po to by zdążyć wyłapać niesamowitą czasoprzestrzeń tego miejsca.


Szkoła na końcu świata
Jharkot leży tylko pół godziny marszu od szlaku wokół Annapurny i stworzonej dla turystów wioski Muktinah - cementowego potworka wypełnionego straganami z pamiątkami, hotelami prowadzonymi przez ludzi z zagranicy i barami dla backpackersów. Mało kto z nich dociera do małego Jharkot z jego dwoma hotelikami, gompą i przylegającą do niej szkołą. A my do tej szkoły właśnie przyjechaliśmy: uczą się tu dzieciaki z Dolnego i Górnego Mustangu, ale tylko na poziomie podstawówki. Dla nich Andrzej z żoną założyli fundację „Szkoły na Końcu Świata” sponsorującą stypendia w Pokharze i Kathmandu dla małych Tybetańczyków, którzy chcą uczyć się tradycyjnej medycyny i sztuki. Dzięki temu jest szansa, że lokalne tradycje nie zanikną.

W dół zdecydowanie trudniej
Trasę powrotną pokonujemy dużo szybciej, ale tak naprawdę to w tę stronę wyzwanie i adrenalina są większe. Prawie cały czas zjeżdżamy w dół, więc trudno nie patrzeć w ciągnące się wzdłuż drogi urwisko. Przy pierwszych zakrętach na szutrowych serpentynach dostaję od Andrzeja kategoryczny zakaz używania przedniego hamulca przez resztę wyjazdu. Tego dnia opanowuję zjeżdżanie po stromiźnie bez większych kamieni i lawirowanie między kamieniami na niezbyt stromym zjeździe. Strome zjazdy z kamieniami zakończone zakrętem nadal kończą się utknięciem w połowie i dylematem: odpalać czy próbować stoczyć się na luzie?
Tych kilka godzin jest wyjątkowo długich i męczących. Ostatnie kilometry powtarzam w myślach „tylko na koniec nie zrób nic głupiego”, po czym wjeżdżając za Andrzejem do ostatniej wioski ładuję się z zakrętu wprost na pochylnię na schodach… i zatrzymuję się w połowie lądując obok nich. „Przecież bym Ci pomógł!” - słyszę, dostając chwilę później w kask. Tylko skąd miałam wiedzieć, że taki podjazd okaże się trudniejszy niż wszystko, co dotąd przejechaliśmy? W motocyklu na szczęście ucierpiało tylko lusterko i podnóżek, za to mnie tym razem przydały się ochraniacze. I kąpiel w ciepłych źródłach.


Ostatni dzień zaczynamy w warsztacie dokręcając kilku elementów w Pulsarze, robiąc kolejny przegląd. Wkrótce wskakujemy na asfalt - ruch gęstnieje z każdym kilometrem, mijanki zbliżają się do centymetrów, a klaksony łapią chrypkę. Dopiero przy piwie, po zakończonej drodze, przyznajemy się sobie, na ile dostaliśmy w kość „Wiesz, ja lubię wyzwania” – stwierdził Andrzej wspominając nocną jazdę – „ ale tak sobie myślę, że dla Ciebie to mogło być trochę trudne…”. Bo było… ale ważne, że potem już było z górki!

Jagoda Pietrzak
Podróżniczka, redaktorka portalu podróżniczego peron4.pl

 

 

O Autorze

Tagi artykułu

Zobacz również

Chcesz otrzymać nasze czasopismo?

Zamów prenumeratę